Nasze stado się powiększyło

Felieton

Psy zawsze były całym moim życiem. Urodziłam się psiarą i – jak mówią moje dzieci – umrę z psami. Mój dom zawsze był otwarty dla psów. Kilka lat temu była ich w jednym czasie nawet szóstka, ponieważ bardzo często sprawuję tymczasową opiekę nad potrzebującymi psami.
I kocham jamniki. Z jamniczką Blum się nie rozstaję, chyba że jedzie do profesora (mój były mąż), ponieważ dzielimy opiekę nad nią, jak przystało na rodzinę patchworkową. Niestety, nie mogę liczyć na jej lojalność, kiedy więc tylko profesor przyjeżdża do nas, wychodzi z nim, nie oglądają się nawet przez chwilę. I ma w sobie wszystko, co ja chciałabym mieć: bezkompromisowość, odwagę, egoizm, żadnych wyrzutów sumienia. I ten życiowy zen. 
W domu jest jeszcze trzyletni Homer, alapaha blue blood bulldog. Przez dwa lata pracowaliśmy wspólnie z moim partnerem nad jego lękiem. Zdominowany przez apodyktyczną Blum, długo się socjalizował. Ale kiedy wróciłam do domu pod Warszawą, urodził się na nowo.
Zuzię znalazłam w internecie. Co wieczór patrzyłam na jej śliczne brązowe oczy. Zakochałam się. Czułam głęboką niesprawiedliwość, że nie mam psa, który byłby tylko mój. To uczucie podzielała również moja córka, która z kolei marzyła o szczeniaku. W ten sposób, zupełnie niespodziewanie, do naszego stada dołączyła ona – Zuzia, króliczy jamniczek. Decyzję, podszytą mnóstwem wątpliwości, podjęli za mnie moi najbliżsi – partner Rafał i przyjaciel Andrzej, po prostu któregoś wieczoru przyjechała do domu.
Dlaczego dałam jej ludzkie imię? Zwierzęta są częścią mojej rodziny, ważne, podmiotowe. Widziałam, jak moi przyjaciele cierpią po stracie swoich zwierzaków. Całkiem niedawno taką stratę przeżył i dalej przeżywa mój przyjaciel Andrzej. Nie chciałam słuchać nikogo, sama zdecydowałam, że natychmiast dostanie od nas Basię. I może ktoś uznać mnie za szaloną, ale nie sposób nie pomyśleć, że historia Basi, terierki szkockiej, która przyjechała ze Szczecina, a która dostała imię od swojej pani doktor, jest trochę moją historią – mojej mamy, Basi, która odeszła dwa lata temu.
Pies to pies, ja to wiem. Ale miłość to miłość! Kropka.
Na Zuzię mówimy w domu „Dzidziuś”. W Dzidziusiu zakochałam się nie tylko ja. Cała rodzina dziś traktuje ją jak córeczkę albo siostrzyczkę. Moje psy od zawsze śpią z nami w łóżku, jedzą z nami z jednego talerza. Dlatego Dzidziusia również rozpieszczamy. Dostał poduszeczkę i śpi między nami, a my jak wariaci czuwamy nad nim całe noce. Głaszczemy po brzuszku, bo popiskuje jak niemowlak z tęsknoty za mamą. Wysadzamy ją na zmianę na papierowy podkład, który leży w naszej sypialni, choć przyznaję, że tym zajmuje się głównie mój ukochany. Jest siku na podkład – jest smaczek dla małej dziewczynki. Dzidziuś jest tak malutki i tak wrażliwy, że jeszcze nie może zostać sam. Gdy znikamy Dzidziusiowi z pola widzenia, natychmiast płacze. Dlatego przez pierwsze dni chodziliśmy z Rafałem do toalety na zmianę. Kolejne szaleństwo? Może trochę! A może raczej ludzie rzeczywiście zakochani w zwierzętach.
Od kilku dni oboje chodzimy niewyspani, bo mała potrzebuje teraz oceanu atencji i miłości. 
Ostatnio poprosiłam narzeczonego, żeby zabrał Dzidziusia ze sobą do biura, żebym mogła pobyć kilka godzin sam na sam z naszą starszą jamniczką Blum. Okazało się, że jest bardzo zazdrosna...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • Wydania czasopisma "Pies z Charakterem"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych numerów czasopisma w wersji elektronicznej
  • Zniżki na konferencje i szkolenia
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy